W Wielkanoc, zamiast tradycyjnych filmów jak Potop czy Znachor, dopadł nas z rodziną nowy serial z uniwersum Yellowstone. Gra tam Michelle Pfeiffer i w skrócie dotyczy on szukania siebie w odcięciu od przebodźcowania wielkim miastem i ilością kontaktów, jakie ma się każdego dnia. Detoksu od dopaminowych pobudzeń dzięki internetowi, krótkim filmikom i mediom społecznościowym. A także zaspokojenia braku kontaktu z przyrodą – czyli tym wszystkim, co stworzył Pan Bóg dla nas, a za czym w naturalny sposób tęsknimy.
Bardzo dobrze trafiło to w moje aktualne doświadczenie, bo dokładnie dwa tygodnie temu udało mi się ze wspólnikiem Robertem i kolegą ze wspólnoty spędzić kilka dni na rekolekcjach w Karmelu w Zwoli pod Poznaniem. I tam też, w ciszy, bez rozmów z innymi uczestnikami, w prostym codziennym życiu, bez komórek, nagle otwierała się przestrzeń, w której Pan Bóg mógł spokojnie, ale bardzo obficie przemawiać do każdego z nas.
Wszyscy bardzo potrzebujemy pustyni, albo chociaż jakiejś pustelni, w której co pewien czas możemy się zaszyć.
W serialu jest jeszcze jeden ciekawy wątek. Rozbija się on o poznanie, kim tak naprawdę był ich kochany mąż i tata. Co myślał, czego tak naprawdę szukał. Bo oprócz tego, że żył razem z nimi w dużym mieście, od wielu lat latał do brata do Montany, gdzie spędzali razem czas w dzikiej przyrodzie. Tam czuł się naprawdę sobą. Bardzo chciał zaprosić swoją rodzinę do tej przestrzeni, ale ona nigdy nie skorzystała z tej okazji.
Główna bohaterka czyta więc pamiętnik męża, który zostawił dla nich. Poznaje go głębiej – właśnie w tych wszystkich przestrzeniach, których wcześniej nie zdecydowała się poznać.
Ja też tęsknię za moim tatą. Minęło właśnie 29 lat, odkąd zginął w wypadku samochodowym. Ja miałem wtedy 16 lat, mój brat 13, a siostra niecałe 11 lat. Mamy więc wspomnienie taty – pamiętamy, jak wyglądał, jak się zachowywał. Mamy jednak tylko częściowy wgląd w to, co myślał, czego szukał, jak patrzył na świat.
Mój tata był przedsiębiorcą, organizatorem, człowiekiem działania. Gdy byłem mały i była na przykład sobota, a w domu robiło się dość ciasno, bo tego dnia nie szliśmy do szkoły i wszyscy wszystkich szturchali… mama wystawiała mnie za próg do wychodzącego taty, aby załatwiał jakieś zadania związane z prowadzeniem biznesu, z informacją: „Bierz go, to twój syn”. I jechaliśmy gdzieś razem.
Tata co do zasady pracował w tematach B2B, więc były to spotkania. Trwały długo. Ja godzinami czekałem – czy to w jakichś sekretariatach, czy też w samochodzie. Nie było komórek ani gierek. Można było słuchać radia albo jednej kasety w magnetofonie.
Pamiętam tylko, jak wracał – na przykład gdy udało mu się dopiąć jakiś temat. Jego podekscytowanie. I różne refleksje, głębokie wglądy w rzeczywistość, którymi wtedy dzielił się na gorąco. No i to zawsze zostanie ze mną. Potem zazwyczaj, także w nagrodę, jechaliśmy zjeść coś smacznego i to był czas dla nas.
To wspólne doświadczenie, oprócz różnych własnych ciągot – od małego do zarabiania, wymyślania i pragnienia wolności – było jedną z głównych motywacji, aby wytrwać na drodze przedsiębiorczości.
Nie wiem, kim będą moje dzieci, gdy dorosną. Dominik Józef ma ogromny talent do ogrodnictwa – jest bardzo cierpliwy i pracowity, interesują go różne roślinki i kwiatki. Filip Jan to taki inżynier, budowlaniec, mechanik, który chce być pilotem. Mógłby nie wychodzić z piaskownicy albo od układania klocków. Basia jest organizatorką – wymyśla zabawy dla wszystkich dzieci. Jest bardzo empatyczna, rozumie emocje i motywacje innych, ma też żyłkę do handlu. Jednocześnie od maleńkości komunikuje swoje głębokie pragnienie, aby mieć rodzinę i dużą liczbę dzieci.
Chciałbym oczywiście przede wszystkim, aby były szczęśliwe – jakąkolwiek drogę wybiorą w swoim życiu. I zanim w ich czasach oczywistym i jedynym wyborem stanie się praca czy to w korporacji, czy w innym urzędzie, chciałbym, aby kiedy dorosną, była dla nich także realna oferta wyboru drogi większej osobistej wolności i przedsiębiorczości. I żeby miały jakieś podstawy, aby potrafiły tę odpowiedzialność unieść.
Od zeszłego sezonu na wyjazdy do naszych oddziałów, zabieram zawsze po jednym dziecku. Mogą przyglądać się temu, czemu ja mogłem przyglądać się w pracy taty – godzinami wysiadując w sekretariatach i czekając, aż skończy spotkania.
W tym tygodniu jest kolej Domka 🙂 i ruszamy do Łodzi.
Zobaczymy, jaki owoc to przyniesie w przyszłości.

